OSTATNIE WPISY
       Boom na koreańskie kosmetyki trwa w najlepsze. Po premierze książki "Sekrety urody Koreanek" Charlotte Cho, szał na koreańską pielęgnację wzmógł się jeszcze bardziej, i to na całym świecie. Także w Polsce coraz częściej w najpopularniejszych sieciówkach, takich jak Rossmann czy Hebe, można natknąć się na maski w płachcie czy kremy BB, w Internecie szybciej znajdziemy też emulsje, tonery, pianki, olejki... czego tylko dusza - a raczej skóra ;) - zapragnie! 
Oprócz sieciówek i sklepów internetowych, osoby z Wrocławia mogą się udać do sklepu K-Beauty 101 w Pasażu Grunwaldzkim - w dzisiejszym poście kilka informacji na temat tego przybytku ;)
LOKALIZACJA I DOJAZD

        Jak już wspomniałam, sklep mieści się w Pasażu Grunwaldzkim - dojazd macie ZEWSZĄD :) Wystarczy odpalić aplikację jakdojade i w miejscu docelowym wpisać PL. GRUNWALDZKI - wysiadacie przy samym Pasażu, więc nie sposób się zgubić. Sklep mieści się na pierwszym piętrze, naprzeciwko Lulu Cafe.


 DOSTĘPNE MARKI

        Jak na razie w sklepie króluje marka The Saem - oferta z tej marki jest dość spora i obejmuje produkty jak kultowe już maseczki w płachcie, pianki i olejki do mycia twarzy, kremy do rąk, tonery, emulsje, serum... Oprócz kosmetyków typowo pielęgnacyjnych, znajdziemy tam też produkty do makijażu, jak cienie do powiek, pomadki, podkłady. K-Beauty 101 w Pasażu jest otwarty od grudnia 2016r., jednak dopiero się rozkręca. Ostatnio asortyment poszerzył się o takie marki jak Etude House czy Urban Dollkiss, a do grona masek w płachcie zawitało uwielbiane przez Koreanki Mediheal. W planach są też inne marki, m.in. A'Pieu.






PROGRAM LOJALNOŚCIOWY

        K-Beauty 101 prowadzi swój program lojalnościowy - każdy z klientów może bezpłatnie założyć jeden z dwóch wariantów kart (Color Princess lub Pursuit of happiness), zbierać na kartę punkty (1pkt za każde wydane 20zł), a potem wymienić je na konkretną usługę - analizę skóry, zabieg pielęgnacyjny lub makijaż (warianty i wymagana ilość punktów poniżej). Po dołączeniu do programu lojalnościowego, otrzymuje się 5pkt na start - jednak te punkty są przeznaczone tylko do wykorzystania na analizę skóry. Posłuży do tego specjalistyczny sprzęt będący na wyposażeniu salonu :) Przyznam szczerze, że taka opcja na start jest bardzo fajna, pozwoli bowiem na dokładniejsze poznanie potrzeb naszej cery i dobranie odpowiednich kosmetyków. Sklep organizuje też wiele eventów dla posiadaczy kart lojalnościowych, takich jak zniżki na dane serie bądź cały asortyment (całkiem niedawno można było nabyć kosmetyki do 70% taniej, właśnie z kartą). 



OBSŁUGA

        Team K-Beauty 101 zna się na swojej robocie i naprawdę ułatwia zakupy w sklepie ;) Pracownice posiadają naprawdę rzetelną wiedzę na temat produktów dostępnych w sklepie, podpowiedzą niezdecydowanym lub objaśnią tajniki koreańskiej pielęgnacji tym, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę na tym gruncie. 

CENY

        Jeśli chodzi o ceny w K-Beauty 101 - mogę napisać tylko tyle, że nie różnią się zbytnio od tych, które widzimy na różnych polskich stronach internetowych. Nie chcę się kłócić z nikim, kto zechce zauważyć, że na ebay'u czy innych zagranicznych stronach można kupić dużo taniej koreańskie kosmetyki w ogóle - dla mnie jest to oczywiste. Przebitka cenowa jest często nieporównywalna z tym, co zastajemy u polskich dystrybutorów. Jednak w tej kwestii oceniam K-Beauty 101 jako sklep stacjonarny - i uważam, że ceny są jeszcze do przyjęcia. Kremy, serum i inne tego typu produkty wszędzie są trochę drogie, ale za to produkty do oczyszczania czy maski nie wypadają cenowo jakoś strasznie. Nie jestem w stanie wypisać ceny każdego produktu, ale tak orientacyjnie już tak: pianki do mycia twarzy można nabyć już za 20zł, ceny masek w płachcie zaczynają się od 6zł, kremy do twarzy to koszt minimum koło 90zł, a BB cream znajdziemy już za 60zł. Po konkretne ceny można śmiało pisać przez fb lub instagram sklepu. 





        Podsumowując, ja ze swojej strony bardzo polecam sklep K-Beauty 101. Po pierwsze - zakupy w sklepie stacjonarnym to meeeega wygoda. Koreańskie mazidełka na wyciągnięcie ręki, achh ♡ Po drugie - profesjonalna obsługa! Po trzecie - faktyczne korzyści płynące z karty lojalnościowej, które będziecie mogli odczuć na własnej skórze ;) Bardzo dużym plusem jest też możliwość otrzymania próbki danego kosmetyku - wystarczy wziąć ze sobą pojemniczek, a obsługa odleje mały sample do środka :)

Aby nie przegapić info o bieżących eventach, promocjach czy dostawach nowych produktów, zapraszamy na fejsbukowy fanpage i Instagram sklepu~

     Na Seomun Market - największe targowisko w Daegu - wybrałam się razem ze szwagrem i teściową, równo tydzień po przylocie do Korei w październiku 2016r., zaraz po uporaniu się z kręceniem naszych rodzinnych bijatyk na rzecz uciechy koreańskiego narodu (o którym pisałam TUTAJ). Na targ możecie dojechać linią metra nr 3 - wysiadacie na stacji Seomun Market (서문 시장) i voila, jesteście na miejscu.

     My niestety (wyjeżdżając, miałam jeszcze liche nadzieje, że jednak stety) wybraliśmy się autem. Od momentu, gdy zjechaliśmy z głównej drogi w jedną z uliczek prowadzących na targowisko (w sumie to już na sam targ, jeżeli by liczyć te stoiska opatulające w/w uliczkę) do wjazdu na parking zeszło nam, tak na spokojnie, 40 minut. Tak, mieliśmy do pokonania 200 metrów. Tak, Koreańczycy znów dali popis swoich driving skills (zresztą kiedy nie dają?!). Tak, trafił mnie szlag ^^
Po zaparkowaniu auta przez szwagra (nie pytajcie, przeszłam trzy zawały), rozpoczął się nasz zakrojony na olbrzymią skalę szoping. Jak to bywa w koreańskich przybytkach tego typu, stoisk było milion pięćset sto dziewięćset, a zakres asortymentu obejmował przedział od rzeczy najbardziej bzdetnych do najbardziej pożądanych.

     Oczywiście ja, jako matka planująca szalone zakupy ścier do chodzenia/spania/sprzątania za 10 tys.wonów, zaczęłam od zakupu rzeczy niezbędnej, czyli maski dziecięcej do noszenia w trakcie choróbska (jest jeszcze za duża) i jesiennej kurtki dla Leosia (na koniec jesieni chyba by przeszła... a jakże, kolejna w szafie małego szafiarza, do założenia na kilka razy). Ale! Głównym (moim) celem było kupno mini-hanboka dla naszego mini półKoreańczyka. I znależliśmy! Prawdziwie męski hanbok w kolorze głębokiego granatu. I uwierzcie mi - kupiłam to nawet biorąc pod uwagę fakt, że Młody wytrzyma w nim tylko dwie minuty na swoim roczniakowym party kk Poza tym nagle okazało się, że babcia chce fundnąć to cudeńko, więc 80tys. wonów zostało w mojej kieszeni hahah

Po roczku wpinam go do antyramy i na ścianę. PIĘKNY
W międzyczasie odhaczyliśmy żarełko w jednej z restauracji odznaczonej gwiazdką Michelin, rodem z koszmaru polskiego Sanepidu.



Tteokbokki (떡볶이)

I prawie dałam się namówić na TO, ale jestem twarda! (czytaj: nie chciało mi się stać w kolejce z 9 kg w nosidle z przodu).

Z dedykacją dla dietujących się.

W ofercie na Seomun znajdziecie też oryginalne (a któż twierdziłby inaczej) torebki prosto od Loius Vittou i innych światowej sławy projektantów. Tak sobie teraz myślę, dlaczego nie kupiłam... Kurde, taka okazja. 


     Na koniec całkiem poważne podsumowanie kk na Seomun ani żadne inne targowisko w Korei odradzamy zabieranie ze sobą całego budżetu, przygotowanego na przeżycie i rozrywki w trakcie pobytu w Korei. Stoiska kuszą ciuchami/butami/torbami/akcesoriami za mana (man - 10 tysięcy wonów) i mniej lub więcej. Jakość często pozostawia wiele do życzenia, ale infantylność koreańskiego stuff'u kusi. Wierzcie mi, sama tyle razy kupiłam coś okropnie wykonanego/kompletnie niepożytecznego tylko ze względu na powyższe :P
Dodajmy do tego przepyszne żarło (takie targowiska skupiają chyba kucharki z najdłuższym stażem :)) plus wymyślne deserki (na tym nie oszczędzajcie!). Trudno wyjść stamtąd z pustymi rękami, ale za to opróżnić portfel jest już łatwiej. Tyczy się to przede wszystkim osób, które są w Korei po raz pierwszy (chyba nie mówię tu tylko o sobie, hę?) i są bardziej podatne na wszystko to, co powyżej opisałam kk
W porównaniu do Seulu, Daegu ma do zaoferowania duuużo mniej miejscówek typu must see, jednak jeśli wybieracie się do Daegu, to o Seomun Market warto zahaczyć. Chociażby ze względu na przepyszne tteokbokki ♡

   
     Późnym latem zeszłego roku dostaliśmy propozycję udziału w koreańskim programie. W sumie dwóch, ale jeden odpadł od razu na wstępie. Wszystko za sprawą Instagrama, na który Kuba wrzucił naszą rodzinną fotkę i opatrzył ją tagiem oznaczającym międzynarodową familię.
Jakiś czas później otrzymaliśmy namiary do producentów programu. Zastanawialiśmy się kilka dni, czy to aby nie jakiś fake, ale ostatecznie ciekawość wygrała i małżonek szrajbnął maila na podany adres.
Odpowiedź przyszła szybko - okazało się, że chodzi o program 다문화 고부열전, emitowany na stacji EBS. i że ów program jest dość popularny. Nie zdziwiło mnie to zbytnio, gdyż każdy odcinek dotyczył stosunków między koreańską teściową a synową pochodzącą spoza granic Korei. Uściślając: dotyczył WOJEN toczących się pomiędzy w/w paniami. Ja na to, że no way, Kuba oczywiście chętny i podekscytowany. Szczerze mówiąc, liczyła na to, że sprawa rozejdzie się po kościach.
Ale się nie rozeszła. Zaczęły się za to orientacyjne telefony, czy faktycznie producenci stawiają na sam konflikt i co jeśli synowa i teściowa nie wydrapują sobie oczu. Ja ze swoją żyję w zgodzie, choć zdaję sobie sprawę, że to pewnie przez fakt, iż mieszkamy w Polsce i widziałyśmy się raptem kilka razy przy okazji dwóch wizyt w Korei. No ale do rzeczy... Żeby nie tworzyć z posta epopei, nie będę opisywać, jak wyglądało kręcenie programu dzień po dniu, bo trwało to dwa tygodnie (po tygodniu w Korei i Polsce). Chciałabym ogółem opisać, co moim i męża zdaniem było na plus i na minus, czego się obawialiśmy najbardziej itp.Kilka konkretnych punktów. No, to jedziemy z koksem :p


Zalety

     Przemyślałam, policzyłam. Wyszły mi trzy ㅋㅋ Po pierwsze pragmatycznie - producenci programu płacili za bilety moje i Małego plus teściowej. Jako że mieliśmy już w planach Koreę tak czy siak, to skusiło nas to trochę, bo zgrywało nam się to niejako z naszymi planami, no i  jednak parę tysięcy złotych drogą nie chodzi. Kolejnym plusem było zwiedzenie przez teściową paru fajnych zakątków Polski, w których jeszcze nie była (teściowie byli w Polsce tylko raz). Miała (a nawet miałyśmy ;)) niemałą frajdę z warsztatów ceramiki w Bolesławcu i zwiedzania Wieliczki. Wisienką na torcie była przejażdżka dorożką po krakowskim Rynku. W te kilka intensywnych dni na moje życzenie udało się też wpleść wizyty u moich babć i dziadków, także super, bo jednak na ślubie w Korei była od nas tylko jedna babcia, a z resztą rodziny teściówka 'widziała się' może raz czy dwa na Skypie. Trzecią dobrocią płynącą z udziału w programie był fakt, że koniec końców po paru ładnych latach będziemy mogli usiąść i powspominać, zapewne w towarzystwie naszego synka. Jeszcze z dwa miesiące temu napisałabym, że to zdanie tylko mojego szanownego małża, ale jak już troszkę ochłonęłam po tej PRZYGODZIE, to stwierdziłam, że mój mąż ma trochę racji w tej kwestii. Bądź co bądź, fajnie będzie pokazać Małemu video z czasu jego pierwszego spotkania z koreańskimi dziadkami czy pobyt w Korei. Oooo, przypomniał mi się jeden, duży plus - nauka kaligrafii z teściem :)

Teściu miszczuniu
Moje wypociny
Wady

     Nadeszła ta chwila... na wylanie trochę jadu ;p Zacznę od nawiązania do wstępu tego posta. Zanim zdecydowaliśmy, czy weźmiemy udział w programie, zasypywaliśmy milionem pytań osobę, która była przydzielona do zwerbowania nas w szeregi 다문화 고부열전 - nazwijmy tę osobą p. Kim. Było to spowodowane w głównej mierze moją obawą, że program wpłynie na pogorszenie się stosunków między mną a teściową i ewentualnie teściem. Także pytaliśmy np. o to, czy będzie jakiś konkretny scenariusz, czy nie będzie żadnych trolli, żeby tylko zdobyć wartościowy wg nich materiał, tego typu rzeczy. Poza tym, w czasie nagrywania, przed samym wylotem do Korei, wypadała obrona mojej pracy licencjackiej, także zaznaczyłam, że wieczory muszę poświęcać tylko na naukę, no i ogarnianie spraw leosiowych - także o maksymalnie 18:00 kończymy. Producenci się zgodzili. Na krótsze nagrywanie w przededniu wylotu do Korei z uwagi na pranie, pakowanie, szykowanie również. Kilka dni po naszej decyzji, ja z lekka spanikowałam i po rozmowie z Kubą stwierdziłam ponownie, że no way, ja nie chcę jednak, że po co nam to? I ostatecznie napisałam do p. Kim, że jednak się wycofujemy i podałam powody. W odpowiedzi po raz setny zostałam zapewniona, że relacja między mną a rodziną z Korei nie straci, a raczej i zyska, że przecież czasowo się dogadaliśmy, itp., itd. więc let's try. I na koniec, że z teściami to oni tak w ogóle to już są ugadani i teściowie ucieszeni, bla bla... AHA. Dobra, zostajemy. Ok, zarys PRZED już macie. 

     W praktyce wyglądało to następująco: każdego dnia panowie z EBS zjawiali się najwcześniej jak tylko mogli to ugrać ze mną, wychodzili bardzo późno - nawet i koło północy, nie mówiąc o dniu przylotu teściowej, kiedy samolot wylądował po 22., ale materiał na lotnisku kręciliśmy dodatkową godzinę po wyjściu mamy. Do tego doszła kolejna godzina z hakiem, bo do domu z lotniska mamy 80 km. Jak się okazało w praniu, musieliśmy je pokonać w towarzystwie jednego z panów kamerzystów, który nie informując nikogo wcisnął nam się po prostu do auta. Ostatecznie pożegnaliśmy się o godzinie 1:00 lub 2:00 nad ranem, gdzie ekipa wróciła do nas przed 9:00. No comment. Jeśli chodzi o moją obronę, to koniec końców uczyłam się RAZ, po nocy, oczywiście dzień przed. Obronę miałam chyba na 9:00 rano, jechałam ze świadomością, że jeśli nie uratuje mnie moje doświadczenie z tematem w praktyce, to zawalę na bank. Na dyplomie mam śliczną czwórkę, ale co się nastresowałam to moje.

     Tytułem wstępu do najgorszego trolla, dorzucę jeszcze jedno. Wiedzieliśmy, że na ostateczny materiał nie mamy wpływu, jest on własnością stacji i nie dostaniemy go do kontroli przed emisją. Tyle naszego, że spisałam na umowie, czego nie życzę sobie, żeby nie pokazywali - były to przede wszystkim ujęcia z naszej sypialni w Polsce i w Korei, gdzie panowie - mimo pierdyliarda próśb i zakazów - bezpardonowo wchodzili, kiedy przebierałam synka. To samo tyczyło się kąpieli Małego - o ile będąc w pobliżu rzucałam na nich klątwy (bo grzeczne wypraszanie nie robiło na nich wrażenia), tak gdy tylko nadarzyła się okazja, to włazili do łazienki i kręcili, co chcieli. Podejść do kąpieli było kilka, 99% skończyło się fiaskiem dzięki mojej interwencji, jednak raz jeden z panów wlazł do łazienki i kręcił Małego w wannie - skończyło się na tym, że musiał przy mnie kasować dane ujęcia. Przyznam się, że od tamtej pory moje zaufanie do kamerzystów zniknęło całkowicie i z moim nastawieniem było później już tylko gorzej. 
Ale przejdźmy do głównego trolla - montaż i pokazanie w programie niestworzonej historii z naszym udziałem, dzięki której na dobre odechciało mi się podobnych produkcji. Otóż jak pisałam, od czasu incydentu kasowania materiału z Małym - a miało to miejsce w Polsce - mój stosunek do całego tego cyrku tylko się pogarszał. Z każdą godziną miałam ochotę rzucić to wszystko w cholerę, albo chociaż rzucić czymś w kogoś z ekipy. W planach nagrywania już w Korei był obiad z większą częścią rodziny. W Korei przy takich zlotach zazwyczaj babeczki ogarniają cały temat, a że ja już świeżynką w rodzinie nie jestem, to też musiałam pomagać w dużej mierze, już pomijając wszelkie założenia programu, w którym braliśmy udział. Niestety panowie kamerzyści, wydłużając i tak długie spotkanie rodzinne, i dokładając coraz to nowe pomysły, że może zrobimy tak, a może to i tamto, ignorując w zupełności potrzeby i rytm dnia naszego dziecka - doprowadzili mnie do szału. Wewnętrznego, bo wydrzeć się, niestety, nie mogłam. Efekt wszystkiego był taki, że w odcinku widać me wnerwione (mocniejszego słowa użyć nie mogę ;)) na maksa oblicze, spoglądającą na zegarek i ostatecznie finał załamania nerwowego, czyli samotny spacer z dzieckiem. Wszystko w rytmie czytanki pani lektor, mówiącej o tym, że chyba aspekt kulturowy, jakim jest usługiwanie całej rodzinie trochę dał mi w kość i pojawił się problem. PROBLEM. Tak wyczekiwany i opiewany w każdym z odcinków... Problem, którego obiecano nam nie prowokować, nie mówiąc już o stwarzaniu czegoś z niczego! Mój wnerw na kamerzystów został przemieniony na urazę polskiego majestatu w Korei ;) Już nie wspomnę o tym, że to teściowa i ciotki wykonały lwią część pracy przy naszym rodzinnym zlocie. I o tym, że na spacer z dzieckiem poszłam, bo to coś, co się dziecku po prostu należało po tych wieczorno-nocnych nagrywkach. Z całego fragmentu wybija się też scena, kiedy położyłam się na plecach za jedzącymi przy stole, z dzieckiem na brzuchu próbując je zabawić, bo było już mocno wkurzone. Opis pani lektor: 'Synowa kładzie się przy starszyźnie kiedy jedzą! Jak mogła?' - normalnie dziwię się, że nie zrobiono o tym reportażu jeszcze ;) O zmęczonym dziecku of course ani słówka. Przecież zignorowałam kulturę koreańską! Wylewanie jadu skończę na tym.


     Co mnie zszokowało, odzew po emisji programu był większy niż się spodziewałam. Zupełnie szczerze mówiąc, to byłam pewna, że telefony rozdzwonią się tylko po stronie koreańskiej rodziny. A tu suprise: mój telefon też się rozgrzał haha Komentarze na youtube były bardzo pozytywne, a negatywne dotyczyły sławietnej sceny z moim ODPOCZYNKIEM na podłodze ;)
Trochę się zastanawiałam, czy pisać tego posta, ostatecznie pomyślałam, że niektórym mieszanym parom/rodzinom może się przydać. Słyszałam od kilkorga znajomych, że również dostali propozycję udziału w podobnym przedsięwzięciu, jednak wszyscy rezygnowali, na ogół właśnie przez to, że nie wiedzieli, jak nagrywanie będzie wyglądać, czego mogą się spodziewać, itp. No to już wiecie :p
A tak na serio - nie chciałam się tym postem tłumaczyć czy kategoryzować całą koreańską tv i mówić, że tak wygląda praca przy każdym programie tego typu. Zdecydowaliśmy się spróbować, a że odczucia mam takie, jakie mam, to już inna kwestia. Jeśli chodzi o mnie - mam nauczkę, żeby się więcej w takie rzeczy nie pakować. A innym chętnym życzę powodzenia i mniej (lub najlepiej w ogóle zero) stresu ;)

Na koniec wrzucam link do odcinka z nami dostępnym na youtube, niestety z napisów tylko koreański.

W końcu przyszła wiosna, a z nią to, co w Korei najładniejsze – kwitnące drzewa wiśni i pogoda, która aż prosi o wyjście z domu chociaż, formalnie, egzaminy połówkowe tuż za rogiem i powinnam siedzieć z nosem w książkach.

Hanok stay i Jeonju Hanok Village.

Odpoczynek na południu półwyspu.